kłótnie o terminologię


Od razu bardzo przepraszam, mało ostatnio tu bywam. Masa pracy oznacza mało snu i mało czasu na „inne” rzeczy.
Ale obiecuję, niedługo to się poprawi 🙂

Ale ad vocem, jak mawiali starożytni.

Czytałem dziś artykuł na STGU na temat ostatnio niebywale popularnego kroju Apolonia, dostępnego „za free” w necie. Okrzyczany (głównie przez autora) cyt. „jedyną czcionką dostosowaną do pisowni i ortografii języka polskiego”.

Po szczegóły odsyłam do tekstu na STGU.pl, jest wyjątkowo rzetelny i dokładnie opisuje zagadnienie. Ja jednak chciałbym zająć się tutaj sprawą, która od dłuższego czasu już zwraca na siebie moją uwagę niepotrzebnym biciem piany. Mianowicie – nomenklaturą.

Najpopularniejszym terminem konfliktującym rzesze ludzi związanych z typografią jest „font” lub – jak chcą inni „czcionka„. Oczywiście, wszyscy (lub prawie wszyscy) już wiemy, że czcionka dawniej odnosiła się wyłącznie do tych małych, metalowych prostopadłościanów, z których zecerzy składali szpalty by potem odbić je w procesie druku na papierze. Nie nazywało się czcionkami krojów pism komputerowych, bo ich po prostu wtedy nie było. I krzyczenie na tych, którzy – świadomie, bądź nie – używają zamiennie z „czcionką” pojęcia „font” jest nieco na wyrost.

To tak, jakby zabronić mówić o popularnym pojeździe dwukołowym „bicykl” tylko dlatego że ma dziś ramę z aluminium i dwa, jednakowej wielkości, koła.

Jak dla mnie cała ta wojna o rozróżnienie czcionek i fontów jest walką z wiatrakami. Chcemy bowiem czy nie, najbardziej powszechny system komputerowy – przez grzeczność nie wspomnę nazwy – w Polskiej wersji językowej nazwał fonty czcionkami, i tak już pozostanie. Chociaż oczywiście, nie można nikomu (zwłaszcza tym którzy pamiętają prawdziwe czcionki) zabraniać rozróżniania obu pojęć. Myślę, że skoro do języka polskiego weszły pojęcia takie jak „menedżer” czy „konsulting” to i „font” wejdzie. Jako tzw „uzus” (to chyba też z łaciny – prawda?).

Trochę mnie to śmieszy, zważywszy, że nikt chyba jeszcze nie poruszył całkowicie złego zastosowania innego pojęcia – rozdzielczości.

Pojęcie, wywodzące się z optycznej zdolności rozdzielczej, które w języku polskim od zawsze określało zdolność dostrzeżenia szczegółów mierzonej w ich ilości przypadającej na jednostkę miary (np. piksele na cm, linie [rastra] na cal) nagle, nie wiedzieć czemu, zaczęło definiować zwykły ROZMIAR (ekranu, matrycy czy nawet obrazu).

Przecież to jest absolutnie coś innego!

Matryca mojego aparatu ma WIELKOŚĆ 12 megpikseli!!, a jej rozdzielczość to trzeba by wyliczyć dzieląc ilośc pikseli na jednym z boków przez jego długość!. Mało tego, to będzie jedynie rozdzielczość matrycy, a nie obrazu, który mój aparat jest łaskaw zapamiętywać po naciśnięciu spustu migawki.

Większość aparatów cyfrowych zapamiętuje zdjęcia w plikach o rozdzielczości 72 dpi (ang. dot per inch – punkty [piksele] na cal), dlatego że kiedyś taką wartość przyjęto jako rozdzielczość ekranu.  Oczywiście dziś różnorodność rozdzielczości ekranu jest już dużo większa, mamy monitory wyświetlające obraz w rozdzielczośći 96 i więcej dpi. Ale wciąż mówimy tu o rozdzielczości obrazu na monitorze. Podczas gdy pojęcia typu 1920×1080 (tzw. full HD) odnoszą się do wielkości (lub rozmiaru) obrazu a nie jego rozdzielczości! Rozdzielczość obrazu (HD) na moim telewizorze wynosi 1080 pikseli / ~58 cm, czyli niecałe 19 ppcm albo 47 dpi.

Przepraszam, że używam tak dużej ilości podkreślników, ale bardzo mnie osobiście boli, że bijąc się o tak drobną różnicę pojęciową między czcionką a fontem, posługujemy się absolutnie złym, narzuconym nam przez bezmyślnych marketingowców w czasach pierwszych aparatów cyfrowych pojęciem rozdzieczości.

Apeluję do wszystkich – zadbajmy o logiczność naszego języka, o klarowność pojęć. Jeśli znasz inny przykład złego zastosowania terminu w naszym – dtpowskim – żargonie – dopisz to proszę w komentarzach 🙂

You must be logged in to post a comment.

Menu